środa, 31 października 2018

Polska szkoła, czyli jak nie zwariować, kiedy Twoje życie przypomina stado pędzących imadeł.

Stado pędzących imadeł. Na serio.

Lecą na oślep i tratują wszystko co popadnie: i jesienne liście i piękne czerwone jabłko; lecą jak oszalałe, nie mają czasu, żeby przystanąć choć na chwilę. Zachód słońca? Co tam, zachód nieważny, lecimy, lecimy!!!

Lecę z tej pracy do domu, jestem o 18-19, szybka kawa, albo i nie (kiedyś wypiłam tą kawę dopiero o 9 wieczór i nie mogłam spać przez pół nocy...) i lekcje z Liwką - wczoraj odrabiałyśmy prawie do 21.00, a po południu część zadań z matematyki i polskiego i tak już z nią Tygrys zrobił. Bo warto tu dodać, ze jestem przeciwna odrabianiu tak późną porą, ale we wtorki Liwka ma break dance i są to jej jedyne zajęcia dodatkowe, które kocha całym sercem, więc nie ma opcji, żeby przestała na nie chodzić. Poza tym szkoła to nie wszystko... Ale cóż, kiedy zabiera taką masę czasu nie tylko dzieciom, ale i rodzicom.. Znacie to? Dwie strony z matematyki w ćwiczeniach plus jedna strona zadań z podręcznika, do tego trzy zadania z polskiego i dodatkowo na osłodę trzy strony w ćwiczeniach z angielskiego (zadania drobnym druczkiem) i napisać maila o sobie (w zeszycie). Nie wiem jakim cudem ona dała radę, a radziła sobie całkiem nieźle aż do 21-wszej, bez ani jednej przerwy. Dziewięcioletnie dziecko! 4 klasa podstawówki.

W jej wieku to ja byłam dopiero pod koniec drugiej klasy (jestem z lutego, więc poszłam do 1 klasy mając 7,5 roku; mając skończone 9 lat kończyłam 2 klasę, czwartą zaczęłam mając 10,5 roku). To jest ogromna różnica. O tym, że program nauczania nie jest absolutnie w żaden sposób przystosowany do dzieci rocznikowo młodszych, nie muszę chyba nawet wspominać.

Żal mi jej.

Reforma oświaty ukradła jej kawałek dzieciństwa.  Ta kretyńska reforma, która mogła nie być nawet taka zła, jeśli byłaby pociągnięta do końca i przystosowana programowo. Niech te dzieci idą do szkoły nawet mając 5 lat. Ale niech one się uczą bawiąc się, kolorując i niech to na miłość boską robią w szkole, a nie po godzinach w domu!!!

Nie jestem przeciwna zadaniom domowym. Naprawdę nie. Ale jestem przeciwna organizowaniu czasu mojemu dziecku dodatkowo  po 2-3 godzinny dziennie, gdzie w szkole i tak spędza 6 lekcyjnych zajęć. Sumując to wszystko, dziecko spędza w szkole i nad zadaniem ponad 8 godzin dziennie czyli więcej niż pracujący człowiek. I mówimy tu o dziecku, które ma 9 lat. Do tego trzeba się uczyć na sprawdziany, kartkówki, pytanie i tak dalej.

9 lat !!!!

Sześciolatki w szkole? To był zły pomysł. Albo dobry pomysł, przeprowadzony wręcz fatalnie. 


Wiecie, ja byłam naprawdę grzeczną dziewczynką. Byłam nawet w samorządzie szkolnym (to traumatyczne doświadczenie zohydziło mi jakąkolwiek formę pracy społecznej na zawsze) a pani od matematyki mówiła o mnie, że jestem "za grzeczna". Ale kiedyś musiał nadejść ten okres buntu :) I teraz, kiedy wychowawca pisze do rodziców, że dzieci wróciły nareszcie do swojej klasy i zaczynamy "zdobywanie ocen", to ręce mi opadają w dół. Bardzo nisko. Bo szczerze, to wolałabym, żeby te dzieciaki zdobywały wiedzę. Albo umiejętności, które przydadzą im się w życiu. Tymczasem po raz trzeci zdają tajemnice różańca. Zdawali je w drugiej klasie. Potem w trzeciej klasie. I teraz w czwartej klasie. Wygląda na to, że chodzenie na religię nie ma najmniejszego sensu, ponieważ co roku jest to samo :) :) :)  (wewnętrznie zgrzytam zębami i nóż mi się w kieszeni otwiera).

Kwintesencja polskiej szkoły: wyścig szczurów, zdobywanie ocen, zakuj, zdaj, zapomnij... Nie liczą się dzieci, liczą się oceny i wyniki, liczy się jedynie zrealizowanie podstawy programowej.


Jestem, strasznie, strasznie zawiedziona... I bardzo chciałabym się w następnych miesiącach przekonać, że wystawiłam tu naszej małomiasteczkowej szkółce krzywdzącą opinię...

Jak na razie niestety na to nie wygląda...

PS: Tak, szkółce. Ponieważ program nauczania programem, ale istnieje jeszcze coś takiego jak  AUTORSKIE PROGRAMY NAUCZANIA.



wtorek, 23 października 2018

W obronie Halloween, czyli dlaczego uważam, że Halloween i polskie pradawne Dziady to jedno i to samo.

W obronie Halloween.

Post z 31 października 2008 roku, pisany w Irlandii, z paroma nowymi dopiskami.





A dziś jest Halloween!!! :))) Klimacik jak najbardziej odpowiadający pełnoletniej :) szczególnie, że proszę – oto znajdujemy się w kolebce Halloween – w samej Irlandii!!! Halloween wywodzi się z celtyckiego obrządku Samhain, a wredni Amerykańcy podwędzili i przywłaszczyli sobie te tradycje od irlandzkich imigrantów przybywających do Ameryki Północnej w XIX wieku, kiedy tutaj w Irlandii gnębionej przez Zjednoczone Królestwo bieda aż piszczala jak biedna szara mysz kościelna pod miotłą. W ten dzień w Irlandii pali się ogniska, kiedyś połączone z odprawianiem modłów za dusze zmarłych, teraz przybierające bardziej postać „pozbądźmy się wszystkich drewnianych i dających się spalić śmieci z domu”.

Tak jest teraz, ale ponad 2 tys. lat temu w ten dzień witano zimę oraz obchodzono wigilię święta zmarłych. W czasach pogańskich ludzie w Irlandii przebierali się w kolorowe kostiumy i odprowadzali duchy do granic miasta. Stad pochodzi nazwa Halloween, która oznacza All Hallows Eve – czyli po prostu wigilię Wszystkich Świętych.

Jak wszyscy wiemy, symbolem Halloween jest dynia. Nie wszyscy jednak wiedzą dlaczego właśnie to sympatyczne, pomarańczowe warzywko zostało symbolem Halloween? Wydrążona dynia ze światełkiem w środku dla irlandzkich chłopów oznaczała błędne ogniki uważane za dusze zmarłych. W czasie tajemniczych obrzędów miano uwalniać ludzkie dusze z ciał czarnych kotów, psów i nietoperzy (!). Po dziś dzień w wyeksponowanych miejscach domów (a musicie wiedzieć, ze znakomita większość irlandzkich domów posiada mały, oszklony ganek, idealny do umieszczania w nim dekoracji, w tym Halloween’owych) umieszcza się wydrążone i podświetlone od wewnątrz dynie z wyciętymi strasznymi „gębami”. Taka wycięta dyniowa gęba zwie się "Jack-o-lantern", i opowiada o niej stara irlandzka legenda:

Niejaki Jack - pijak i włóczęga namówił diabła, żeby wszedł na drzewo, następnie wyciął w korze pnia krzyż, co odcięło szatanowi powrót na ziemię. Kiedy Jack umarł, nie mógł pójść do nieba wskutek swoich grzechów, ale nie chciano go także przyjąć do piekła, gdyż przechytrzył diabła. Diabeł podarował mu za to znicz umieszczony w wydrążonej rzepie, aby mógł oświetlać sobie drogę w wiecznej wędrówce w ciemnościach. Później rzepę zastąpiła większa od niej dynia.

Tyle o symbolu, ale o co tak naprawdę chodzi w Halloween? Według dawnych wierzeń w wigilię Wszystkich Świętych dusze zmarłych wracały na ziemię, aby wejść w ciała żywych. Aby temu zapobiec, 31 października Celtowie konstruowali przeróżne, straszne maski i przebrania, mające imitować demony i upiory, aby się przed nimi ochronić. Przebrani tańczyli wokół rozpalonych ognisk, robiąc dużo hałasu, żeby je odpędzić jak najdalej od ludzkich siedzib. Był to dobry czas na wróżenie, gdyż uważano, że otwierają się wrota przyszłości, a mnogość przebywających na ziemi dusz pomaga wróżbitom.

Chcąc zapewnić sobie przychylność duchów, stawiano w przedsionkach i izbach kuchennych specjalnie przygotowane jadło. Jeszcze do dzisiaj w niektórych rejonach Polski jest kultywowany zwyczaj przyrządzania: chleba umarłych, petryczki, powałki lub chleba dla dusz. Dlatego kochani patrioci, wiedzcie, że nie da się kompletnie odciąć tradycji Halloween od tradycji polskich! Co więcej: kolebką Celtów są dzisiejsze tereny  naszych sąsiadów Niemców!!! „Za kolebkę przyszłych Celtów uważa się region kurhanów w południowych Niemczech, między Lasem Czeskim i Renem, zasiedlony w połowie II tysiąclecia p.n.e. przez tzw. Protoceltów, mających za sąsiadów Protoilirów. W latach między 1800 a 1600 p.n.e. strefa kurhanów rozciąga się ku zachodowi.” A teraz moment kulminacyjny drodzy państwo: „W IV wieku p.n.e. Celtowie dotarli także na ziemie polskie. Pozostałości ich osadnictwa potwierdzają wykopaliska archeologiczne na terenie Śląska: w rejonie Góry Ślęży oraz na Płaskowyżu Głubczyckim i Małopolski, w okolicach Krakowa (Anartowie, Anarfracti - sprzymierzeńcy Anartów, górskie plemiona celtyckie pozostające w znacznej niezależności od Imperium rzymskiego). Odkryto też ślady ich bytności na terenach Kujaw”.

Tym samym śmiem twierdzić, że nasze polskie Dziady, to spolszczone celtyckie Halloween, albo na odwrót - Halloween to "zceltyzowane" Dziady, a oba święta maja ta sama genezę!

Dopiero w XIX wieku Halloween przywędrowało, wraz z irlandzkimi emigrantami, do Ameryki, gdzie uległo potężnej komercjalizacji (jak wszystko w Stanach Zjednoczonych zresztą) . W nocy z 31 października na 1 listopada, miłośnicy Halloween, podobnie jak starożytni Celtowie, przebierają się za duchy, potwory i czarownice i urządzają pochody przez ulice miast. Najsłynniejsza halloweenowa parada odbywa się co roku w Greenwich Village na nowojorskim Manhattanie i jest organizowana głównie przez.... miejscowych gejów. Tej nocy przebrane dzieci chodzą grupami od domu do domu, pukają do drzwi i domagają się słodyczy - jeśli ich nie otrzymają, straszą gospodarzy. Obyczaj ten, zwany "trick or treat" (sztuczka albo poczęstunek), wywodzi się z czasów wczesnego średniowiecza. Ówcześni chrześcijanie podczas uroczystości Wszystkich Świętych, chodzili z wioski do wioski, żebrząc o "ciasto dla duszy", czyli chleb z rodzynkami. Ofiarodawcom obiecywali modlitwy za dusze ich bliskich zmarłych.

W związku z pogańską genezą tego święta, Halloween spotyka się z krytyką ze strony polskich duchownych Kościoła rzymskokatolickiego. Tak samo zresztą jak Dziady, które praktycznie rzecz biorąc udało się polskiemu kościołowi kompletnie wytępić. Po co prosty lud miałby wystawiać jadło dla dusz zmarłych przed swe domostwa, kiedy lepiej, żeby dał na mszę księdzu pomnażając majątek Watykanu? (Nie, nie oglądałam jeszcze "Kleru" ;) ).  Czy ktokolwiek jeszcze obchodzi Dziady? No właśnie. A Halloween jest obchodzone. W przypadku obu świąt chodzi o ochronę przed duszami zmarłych,  chociaż w przypadku Halloween starano się te dusze jakoby odstraszyć, natomiast w przypadku Dziadów raczej „udobruchać” i przebłagać. I pozwolę sobie zauważyć, że jest to doskonały przykład naszej polskiej mentalności – tego odwiecznego marazmu Polaków, tej ich wiecznej, cholernej uległości wobec obcych mocarstw. Lepiej kogoś przebłagać, obłaskawić, niż z nim walczyć... Eh, Polsko, Polsko...

Proszę Was, zanim napiszecie coś lub wypowiecie się na temat „głupiego, niepolskiego Halloween” zrozumcie, że Halloween to nie głupie przebieranie się za duchy, to nie bezmyślne chodzenie po domach w przebraniu, straszenie się, oglądanie horrorów w TV, Halloween Party i ta cala dyniowa komercha, którą oglądamy na amerykańskich filmach. I przede wszystkim: Halloween to nie jest Amerykańskie święto!!!

Wiem, że wielu z Was Halloween kojarzy się z czymś złym, niestosownym, potępianym przez Kościół. I tu się z Wami zgodzę, choć w Irlandii żaden ksiądz nic przeciwko Halloween nie ma... Nie wierzymy już w wędrówkę dusz, w to, że w Wigilię Wszystkich Świętych lub w Zaduszki odwiedzają one nasz ziemski świat Ale czym jest tak naprawdę zwyczaj stawiania zniczy na grobach? Czy nie jest to po prostu bardziej "ucywilizowany" zwyczaj "przypodobania" się duszom zmarłych, okazania szacunku i pamięci? Zamiast jadła dla dusz, dajemy na mszę w kościele... Wiele zwyczajów związanych z "życiem pozagrobowym" ma pochodzenie przedchrześcijańskie: ogień na grobie miał uniemożliwić wyjście w nasz świat upiorom a oświetlić drogę w Zaświaty duchom. Pomyślcie o tym.


Życzę wszystkim Szczęśliwego Halloween, które absolutnie nie wyklucza chwili zadumy nad grobami bliskich odwiedzanych w Dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki.



(Większość informacji o Halloween, pochodzeniu Celtów oraz o Dziadach nabyłam dzięki pomocy Wikipedii).

środa, 19 września 2018

...


źródło: Pinterest
 
Jesień to taki piękny okres, pora, która zawsze oznaczała dla mnie świeży start i nowy początek, ale poziom frustracji i negatywnych emocji jest obecnie we mnie naprawdę ogromny. Stało się parę rzeczy na które kompletnie nie miałam wpływu, ale one niestety miały ogromny wpływ na mnie. Niektóre rzeczy, instytucje i osoby pokazały swe prawdziwe oblicze i nie był to doprawdy przyjemny obraz. Niektórzy ludzie i rzeczy nie zmieniają się po prostu nigdy i fundują otoczeniu wciąż tą sama powtórkę z rozrywki. Ugrzęzłam w jakimś trzęsawisku czarnych myśli i scenariuszy, niepotrzebnych nerwów, przez które nie mogłam w ostatnim miesiącu zbyt dobrze sypiać, co znów odbijało się na moim domu, który – nieposprzątany tak, jakbym chciała stanowił jeszcze jedno źródło lustracji i zniechęcenia życiem. Serio, czy można aż tak bardzo przejmować się nieposprzątaną łazienką? W końcu nie jestem przecież idealna. I może czas w końcu ten fakt zaakceptować i uczynić z tego kartę przetargową w walce o swoje człowieczeństwo. Nie jestem przecież w końcu robotem…. ale staram się jak mogę. Robię co w mojej mocy, ale wciąż nie jestem dość zadowolona z siebie.


Jest ciężko. Każdy dzień do zmaganie z obowiązkami i próba uszczknięcia choć ociupinki z tego pięknego życia. Nie jest łatwo być pracującą matką, ponieważ nigdy tak naprawdę nie ma się poczucia, że w każdej dziedzinie daje się z siebie 100%. Tak się po postu nie da. I nie da nic moja frustracja na szkołę, że tyle zadają i tyle trzeba siedzieć nad lekcjami, nie da nic, skoro nie mam czasu po powrocie z pracy usiąść jeszcze z dzieckiem i ćwiczyć tabliczkę mnożenia ponieważ czasami lekcje kończymy odrabiać o 21. Tak nie powinno być. Czuję, że zaniedbuję coś haniebnie, że tracę cos bezpowrotnie. Wiem, jak powinno być, ale nie jestem w stanie do tego doprowadzić. Nie ma chyba gorszego uczucia.


Mam nadzieję, że wszystko się unormuje, że wrócę jakoś do równowagi. Przecież wiem, że życie jest piękne, tylko jakoś ciężko mi to ostatnio dostrzec.


Happy Fall kochani moi!



wtorek, 31 lipca 2018

Trochę happy, trochę not happy.

Bardzo długo znów mnie nie było i bardzo dużo w międzyczasie się działo :) A ja tak lubię :) (to znaczy jak się dzieje, nie jak mnie nie ma).
Miałabym ochotę pisać dosłownie codziennie, ale nie mam czasu. Bardzo jestem ciekawa, czy kiedykolwiek się to zmieni ;)

A zdarzyło się całkiem sporo. Jestem spalona w barze "na rogu" :( :( :( Tragedia po prostu :(
Taki fajny pan tam sprzedawał, co prawda urody wybitnie radiowej, ale ja się i tak za facetami nie rozglądam, ale sympatyczny i chyba zaczął mnie podrywać. Zaczęło się od darmowych kompocików, potem były czekoladki i powiedział, że jestem jego ulubioną klientką, aż doszło do darmowych pierogów z borówkami i posłał mi taki uroczy uśmiech, że ja pierdolę (za przeproszeniem). No i głupio mi jest, bo to wszystko moja wina, bo czemu ja obrączki nie noszę???

Od tamtej pory tam nie byłam, a jak muszę przejść w pobliżu, to przemykam kanałami ;))))  A takie dobre zupy tam mieli!!!! Na groszkową z groszku szparagowego. Mmmmmmm... Ja to w ogóle kocham zupy :)

Nie nosiłam obrączki bo trochę jest ciasnawa i zostawia mi takie białe ślady, w końcu 10 lat temu miałam jednak nieco szczuplejsze palce. Dopiero jak wypiję herbatkę z pokrzywy, to ta woda z organizmu mi schodzi i obrączka dosłownie lata na palcu. Ale od tamtej pory obrączkę noszę a co do tego nadmiaru wody w organizmie, to może powinnam się przebadać? Tarczycę, czy coś? Teraz wszyscy na tarczyce chorują...

I zamiast się cieszyć, że mnie ktoś podrywa, to ja mam jeszcze wyrzuty sumienia i czuję jakiś taki niesmak :(

Na osłodę tego ciężkiego życia, pojechaliśmy sobie spontanicznie do Zakopanego  :) Było cudownie i wszystkim polecam Willę Jaszczurówkę 26! Upolowałam niezły deal na Booking.com i spędziliśmy 2 noce w pięknej willi, niedawno odnowionej (w listopadzie 2017), ale nie to było najważniejsze....




Mimo, że padało i musieliśmy nosić te okropne, szeleszczące przy każdym ruchu plastikowe peleryny, które przyprawiały mnie o chęć wymordowania wszystkich producentów plastiku (Liwka miała niebieską, ja miałam fioletową, a Tygrysowi dostał się róż ;)))) ) przeszliśmy całą drogę do Morskiego Oka, gdzie akurat wyszło słońce i mogliśmy przebrać skarpety na suche rozkoszując się wygodnymi kamyczkami przy jeziorze ;) Udało mi się zrobić niesamowite zdjęcia, pomimo tego, że nad jeziorem było dosłownie tłum :) Byłam w szoku jak szybko szliśmy pod tą górę, wymijaliśmy wszystkich, więc chyba jednak nie jest ze mną jeszcze tak źle ;) Drogę w dół Tygrys z Liwką pokonali na dziecięcej hulajnodze. Goniły ich zazdrosne spojrzenia zmęczonych piechurów ;)



Z politowaniem patrzyliśmy na ludzi jadących bryczkami. Ja bym wsadzała na te wozy tylko starych i schorowanych. Każdy inny niech zapierdala pod górę, a jak nie może to niech go wiozą w wózku albo niech jedzie na barana na ramionach taty. Tak czy inaczej, Liwka - ośmiolatka dała radę, ja siedząca przy kompie po 8 godzin dziennie dałam radę i  nie, nie mam zrozumienia dla ceprów w bryczkach, sorry. Mam prawo. "Hejtujem"!

Zrobiliśmy wtedy prawie 20 km, niecałe 27 tysięcy kroków (ale co to jest, jak codziennie powinno się robić po 10 tysięcy!). Poprzedniego dnia dla rozgrzewki zrobiliśmy ponad 15 tys. kroków łażąc po Zakopanem, a ostatniego dnia nie włączałam już krokomierza, ale zrobiliśmy też piękną trasę przez Dolinę Strążyską, Ścieżką nad Reglami do Sarniej Skały i do Doliny Białego. To jest tak piękna i urocza trasa, że mam zamiar zrobić ją kiedyś ponownie :)

Morskie Oko :)



9 lipca, łażenie po Zakopanym i Nosal

Liwkowe LOVE :)

Poza tym postanowiłam zmienić coś naprawdę bardzo ważnego w moim życiu i przez jakiś czas na kolację jadłam sałatkę owocową a potem miksturę z jabłka, szklanki wody, 1 łyżki siemienia lnianego i 1 łyżki nasion chia i miodu i cynamonu - rano miałam brzuch może nie płaski ale o wiele mniejszy :) Chcę zejść poniżej 60 kg albo nawet jeszcze mniej do jesieni. Zrobiłam sobie też miksturę z chrzanu na oczyszczenie i poprawienie metabolizmu. Wszystko - znaczy przepisy zapisałam w różowym notatniku z Penneysa. Ale potem wyjechałam do Zakopca i potrzebowałam energii i moja dietę szlak trafił, ale chyba znów do tego wrócę.

Miksture z chrzanu je się codziennie 2 razy dziennie po 1 łyżeczce przez 3 tygodnie. A nasiona chia z jabłkiem i resztą co wieczór i myślę, że przy tym zwyczaju zostanę. Nasiona chia pęcznieją w żołądku i na dodatek dają energię.

I wszystko byłoby w porządku, gdybym nie schrzaniła sobie włosów. Zrobiłam sobie "ombre". Ciężko to w zasadzie nazwać ombre.... wygląda to raczej jak spłowiały brąz.... Zapłaciłam za toto  190 zł, z  podcięciem i grzywką Liwki, ale kurde.... Nie widać żadnego efektu wow, nawet nie widać, że to jest ombre :( Od wczoraj myję włosy dwukrotnie, codziennie i mam nadzieję, że mi się szybko wypłucze. A tak się bałam iść i nie miałam ochoty :( A poszłam... Trzeba jednak ufać sobie! Nigdy więcej tego nie zrobię... Grzywkę też mam beznadziejnie przyciętą... Już miałam takie fajne odrosty -  ostatnio farbowałam 30 marca.

Na moja gębę i tak nic nie pomoże, to chociaż włosy mogłam mieć fajne ;) A teraz nie mam :( 

Zdjęcia które zrobiłam dosłownie na chwilę przed farbowaniem, chyba tylko dlatego, żebym teraz mogła wylewać zły żalu i rozpaczy :( 




Do tego koloru dochodziłam dobre 4 miesiące - po farbie Garnier Delikatnie Opalizujący Blond są na początku brązowe, a potem dopiero się rozjaśniają… O ja nieszczęsna :) I znów od nowa to samo! Ale przed końcem sierpnia się znów farbuję i czekam na ukochany kolor :) 

Oby się teraz jak najszybciej wypłukały! IChoćby woda w kranie zimna była, to ja będę zimną wodą włosy myła, coby sie jak najszybciej sprało!

 Z dobrych wiadomości, to chyba Elisse z Utkane z marzeń wróci na bloga, bo pojawiła się na Facebooku i obiecała :) 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...